Browse By

Bliski Wschód (Izrael i Jordania) vol.2

Tak, to już pora na drugą część moich skromnych wspomnień z Izraela i Jordanii. Dziś skoncentruję się na krótkim ale naprawdę niesamowitym pobycie w tym drugim kraju. Kraju który, powiem to szczerzę, okazał się być bardziej fascynujący niż mogłem przypuszczać. Zaczynajmy!

Hajda nad granicę!

Sobota w Izraelu to czas Szabasu, czas święty w którym sklepy czy restauracje są przeważnie zamknięte. Żydzi celebrują ten okres w sposób specjalny. My postanowiliśmy w tym dniu czmychnąć do Jordanii by móc posmakować czegoś naprawdę orientalnego. Cały ten wyjazd był (przyznaję się 😉 ) moją zachcianką i nalegałem na niego już od samego początku planowania wyjazdu na Bliski Wschód. Dlaczego?
Sprawa jest prosta. Petra i wspaniałe widoki z mojego ulubionego filmu o przygodach Indiana Jones’a jak i wspaniała pustynia czy Wadi Rum przez którą niemal równo 100 lat temu przedzierał się słynny Lawrence z Arabii. Jako miłośnik historii po prostu nie mogłem ominąć takiej szansy. Niejako, że od momentu wykupienia lotów do samego wyjazdu minęło naprawdę kilkanaście dni nie mieliśmy szerokiej możliwości zorganizowania takiego wyjazdu „na własną rękę” więc skorzystaliśmy z pomocy lokalnych biur podróży.
Około godziny 7 rano wyruszyliśmy nad granicę gdzie uprzejmy starszy jegomość pomógł Nam przejść odprawę po Izraelskiej stronie. Po przejściu terenu między placówkami, gdzie swoją drogą czułem się jak na „ziemi niczyjej”, dotarliśmy do Jordańskiej części gdzie pieczę nad Nami przejął tamtejszy opiekun. Przyznaję, że całość procedur trwała może około 20 minut i wyglądała naprawdę sprawnie.

Wszystko to jednak skłoniło mnie do pewnej refleksji. Jeszcze do niedawna kraje te były w stanie wojny i chociaż wciąż zaufanie między nimi jest raczej „oszczędne” to jednak biznes jakim jest turystyka potrafił ich świetnie połączyć. Wydało mi się to mimo wszystko budujące, że nawet wrogowie potrafią się dogadać jeśli tylko chodzi o wspólne interesy czyli wyciągnięcie pieniędzy z kieszeni turysty czy podróżnika. 😉

Na Jordańskiej ziemi.

Pierwszym celem było dotarcie do Petry oddalonej o około 130 km. Już kilka kilometrów od granicy zaczęły się wzgórza i pagórki. Dalej było już tylko ciekawiej. Drogę pokonaliśmy dosyć sprawnie z małym postojem w lokalu prowadzonym przy Królewskiej Drodze która łączy stolicę, Amman z portem w Akabie. Tamże spróbowałem pierwszej w moim życiu kawy po turecku ( której już jednak w życiu więcej nie wypiję 😉 ) jak również zakupiłem kefiję czyli tradycyjne arabskie nakrycie głowy. Czym jest ta cała kefija? Otóż jest to nic innego jak znana wszystkim arafatka. Zakupiona przez mnie ma kolory biało-czerwone i jest tradycyjną dla mieszkańców Jordanii. Jednak nie to było najlepszym co Nas w tym miejscu spotkało. Bowiem to widok z tarasu wprawił nas w osłupienie. Coś wspaniałego! Gdyby jeszcze tylko tak nie wiało… :/

Petra!

Po 2 może 3 godzinach dotarliśmy na miejsce. Wadi Musa czyli miasteczko zlokalizowane dosłownie obok kanionu prowadzącego to starożytnej Petry. Muszę przyznać, że byłem naprawdę bardzo „podjarany”. Jednym z moich marzeń dzieciństwa zawsze było, by być takim Indiana Jones’em zaś moim ulubionym filmem z tego cyklu jest Indiana Jones i ostatnia krucjata
Po zakupie biletu udaliśmy się pieszo dosyć szeroką, dwupasmową ścieżką do kanionu po drodze mijając pierwsze z zabytkowych grobowców. Sam kanion okazał się naprawdę intrygujący a mieszanka wąskich i szerokich odcinków oraz wysokość pionowych ścian budziła swego rodzaju podziw. Do tego ta mieszanina kolorów. Moje emocje tylko wzrastały aż do momentu kulminacyjnego. Widok Skarbca bezpośrednio przed Nami po wyjściu z kanionu sprawił, że musiałem na chwile po prostu się zatrzymać i podziwiać.

Naprawdę troszkę zaparło mi dech na moment. W końcu właśnie zrealizowałem swoje dziecięce marzenie! Przewodnik który oprowadzał Nas po miejscu był może nieco nerwowy ale naprawdę posiadał głęboką wiedzę i potrafił przyciągnąć uwagę. Swoją drogą okazało się, że był jedną z osób towarzyszących prezydentowi RP, Panu Andrzejowi Dudzie w czasie jego wizyty w Jordanii w zeszłym roku. Ba, odwiedził Polskę i stwierdził, że mamy naprawdę piękny i różnorodny kraj. Taka odskocznia od tego co widziały Nasze oczy.
Wracając do samej Petry. Cały kompleks jest naprawdę rozległy i składa się z dwóch głównych części. Miasto Żywych to część w której można zobaczyć pozostałości właściwego miasta natomiast Miasto Umarłych składa się głównie z grobowców czego można się domyślić. Odwiedziliśmy jedną z jaskiń takiego grobowca. Beduini przez wiele pokoleń wykorzystywali te grobowce i jaskinie jako własne mieszkania. Wszędzie spotkać można było lokalnych mieszkańców oferujących pamiątki, zdjęcia, przejażdżki na wielbłądzie czy osiołku. Nasz guide jednak od samego początku prosił Nas by z zakupem pamiątek poczekać do licencjonowanego sklepu. Nalegał również, żeby pod żadnym pozorem nie płacić dzieciakom które również oferowały przeróżne rzeczy. Jak sam stwierdził: chcemy żeby nasze dzieci były w szkole a nie tutaj.

Dolina Księżyca.

Przyznaję, że zrobiliśmy kilka dobrych kilometrów spacerując wśród naprawdę pięknych zabytków i zaczynaliśmy powoli odczuwać zmęczenie. Czas jednak gonił i trzeba było wracać do Wadi Musa gdzie w lokalnej tawernie mieliśmy zjeść tradycyjny posiłek a następnie udać się w drogę do Naszych noclegów.
W tym miejscu zatrzymam się na chwile z relacją i wspomnę kilka zdań o grupie której byliśmy częścią. W jej skład wchodziło szerokie spektrum różnych osób o różnej narodowości. Co było dla mnie niemałym zaskoczeniem w grupie byłem jedynym Polakiem natomiast liczyła ona całkiem sporo Niemców, Brytyjczyków, Amerykanów oraz Rumunów. Niemal z każdym udało Nam się zamienić kilka zdań i na swój sposób naprawdę spędziliśmy z nimi miło czas. Mieliśmy też w grupie jednego młodego Koreańczyka który niewiele mówił a niemal całą drogę w autobusie przespał. Stronił od reszty grupy. Taki typ samotnika. 😉 Dlaczego o nim wspominam? Dlatego, że jak się okazało, to z Nim właśnie mieliśmy przyjemność kontynuować przygody w Wadi Rum.
Ściemniało się dosyć szybko a widok pełnego pomarańczowo-czerwonego księżyca nad pustynią… To coś naprawdę wyjątkowego. W pewnym momencie dosłownie przy głównej drodze autobus się zatrzymał a My wraz z naszym milczącym azjatą musieliśmy wysiąść i zmienić środek transportu na picu-up’a. Nocna podróż przez pustynię i gawędki z kierowcą upewniły mnie tylko, że czeka na Nas naprawdę ekscytująca przygoda.
Gdy dotarliśmy na miejsce, czyli do całkiem sporego beduińskiego obozu okazało się, że nasz pokój czy też akomodację będziemy dzielić we troje. Był to dla Nas spory szok i zaskoczenie. W końcu w jednym i to niewielkim pomieszczeniu miała spać para plus totalnie obcy im chłopak. Cała sytuacja miała jednak jeden dobry efekt. Wiedząc, że jesteśmy na siebie skazanie nawiązaliśmy całkiem miła i przyjemną relację z nowym towarzyszem. 🙂 Jednak w całym tym zmęczeniu oraz ekscytacji nie wymieniliśmy się nawet imionami czy chociażby kontaktami na facebook’u czego dziś naprawdę bardzo żałujemy. Jedno jednak muszę szczerzę przyznać. Warunki były tak mega spartańskie, że w pewnym momencie zacząłem się martwić. Czy Larysy po prostu nie trafi cholera? Może zrobi mi burę o to do jakiego miejsca Ją zapędziłem na tym końcu Świata? Ona jednak zniosła to wszystko bardzo dzielnie śmiejąc się do mnie i żartując.
Wszystkie te małe stresy, problemy czy niedociągnięcia zostały jednak wynagrodzone gdy tylko wstaliśmy i zdaliśmy sobie sprawę w jak zjawiskowym miejscu się znalezliśmy.

Rano okazało się, że nieco zaspaliśmy. Właściwie wynikało to z faktu, iż zostaliśmy błędnie poinformowani kiedy mamy się stawić na śniadaniu. Koniec końców straciliśmy około 45 minut. Zjedliśmy całkiem smaczny posiłek wzmocniony naprawdę mocną kawą. Niestety nie pozwoliliśmy sobie na luksus prysznica. Woda była niesamowicie zimna a i poranek nie był tak ciepły jak mogłoby się wydawać. Do tego czas gonił. Zapakowaliśmy się więc ponownie na pic-up’a i wraz z Naszym wczorajszym kierowcą ruszyliśmy w drogę.
Po przejechaniu paru km dotarliśmy do początku doliny. Wadi Rum jest bowiem doliną, Doliną Księżyca. Tutaj też przesiedliśmy się na tył samochodu dla lepszych widoków i ruszyliśmy na pustynię. Co zobaczyliśmy?

Akaba.

Niestety musieliśmy wracać. Niejako, że zostaliśmy na pustyni nieco dłużej niż powinniśmy byliśmy już około 1,5 godziny „w plecy” z czasem. Po opuszczeniu Wadi Rum czekała na Nas następna przesiadka. Tym razem w całkiem wygodną i czystą Toyote która zabrała nas do Akaby. Z uwagi na wydarzenia wczorajsze i dzisiejszą przygodę zaczęliśmy powoli opadać z sił. W samym mieście spędziliśmy tylko godzinę co było wynikiem Naszego ciągłego naginania rozkładu.
Postanowiliśmy więc po prostu pospacerować, zjeść coś małego i zrelaksować się chwilę na plaży która dwa dni wcześniej widzieliśmy z Eilatu. Muszę przyznać, że w czasie całego pobytu w Jordanii czułem się naprawdę bezpiecznie. Ludzie są życzliwi i otwarci. Można z nimi porozmawiać i pożartować. Jeśli ktoś zastanawia się, czy bezpiecznie jest jechać do tego kraju to odpowiedz macie we wcześniejszym zdaniu. 😉
Po chwili na plaży musieliśmy się zbierać i ruszyć na przejście graniczne by ponownie wrócić do Izraela.

Co czekało Nas w Izraelu? Jak Nasz koreański przyjaciel pomógł Nam wydostać się o czasie z Eilatu? Jaka jest Jerozolima?
Cóż, na tą relację musicie znowu troszkę poczekać. Ja tymczasem spoglądam na wiszącą na ścianie kefiję i wspominam z rozrzewnieniem jordańską gościnność.