Browse By

Bliski Wschód (Izrael i Jordania) vol.1

Udało się!!
Spełniłem jedno ze swoich podróżniczych marzeń o których mogliście przeczytać w naszych wcześniejszych postach (klik).
Plany na zakończenie 2017 roku były różne i fakt, że wybrałem się razem z partnerką do Ziemi Świętej to naprawdę wynik kilku zbiegów okoliczności. Zacznijmy więc od samego początku! 🙂

Jak do tego doszło?

Od dłuższego czasu przeglądałem oferty lotów z Anglii (tutaj mieszkam) do Izraela. Cena jednak zawsze oscylowała w granicach 200 funtów (około 950 zł) od osoby w dwie strony. Sprawdzałem różne opcje. Loty bezpośrednie i przesiadki. Korzystałem często z wyszukiwarek typu skyscanner ale też z oficjalnych stron tanich linii lotniczych jak wizzair czy easyjet. I gdy już zacząłem tracić nadzieję i przestawiłem się na poszukiwanie innych kierunków wpadł mi do głowy pomysł. Wiedziałem, że z lotniska w Doncaster istnieje bezpośrednie połączenie z Warszawą a z Warszawy na pewno jest połączenie z Izraelem. I tutaj szok! A nawet dwa!
Po pierwsze okazało się, że skyskanner nie wyszukał połączenia Doncaster-Warszawa-Tel Aviv mimo, iż ustawiłem oczywiście opcje z przesiadką. Dlaczego tak się stało? Nie wiem, może Wy znacie odpowiedz na to pytanie? 🙂 Po drugie: cena! Połączenie które znalazłem zawierało w sobie cztery loty:
1. Doncaster-Warszawa
2. Warszawa-Tel Aviv
3. Tel Aviv-Warszawa
4. Warszawa-Doncaster
Wszystkie loty odbyliśmy liniami wizzair a ich koszt to 70 funtów od osoby. 330 zł za cztery loty od osoby to chyba niezły deal. 🙂

Planowanie? A może nauczka?

Jak by Wam to tak sensownie wyjaśnić. Ja swoją pierwszą większą wyprawę miałem już za sobą. Przeszedłem etap planowania oraz zderzenia się z rzeczywistością razem z Marcinem w Tajlandii, Singapurze i Chinach. Z całego tego wyjazdu wyciągnąłem jeden najważniejszy wniosek: nie upychać za dużo w planie podróży, zwłaszcza jeśli masz ograniczony czas.
Moja partnerka, Larisa nie odebrała jeszcze takiej lekcji i przy ustalaniu planu chciała jak najwięcej zmieścić w tych 2 tygodniach. Po kilku sprzeczkach doszedłem do wniosku, że uznam Jej plan a dzięki temu Ona dostanie nauczkę. 😉
Powiecie mi, że to wredne lub może po prostu niezbyt odpowiednie a ja odpowiem na to, że wiem o tym ale taka lekcja naprawdę pozwala lepiej przygotować się do następnych wyjazdów. A i sama partnerka w trakcie wyjazdu przyznała mi rację więc chyba nie była to zła decyzja. Jak wyglądał sam plan?
Wylot z Doncaster do Warszawy mieliśmy 29.11 o godzinie 8:35. W Stolicy mieliśmy cały dzień na odwiedziny w kilku miejscach których nie udało się Nam wcześniej odwiedzić plus oczywiście małe zakupy oraz uzupełnienie ekwipunku. Następnego dnia o 16:10 wylot do Izraela. Przylot na godzinę 21:05 a następnie…
Następnie szybki dojazd na dworzec autobusowy i nocna wyprawa na drugi koniec kraju do Eilatu. 🙂 W tym mieście dosłownie jeden dzień i następnie wyjazd do Jordanii. Po powrocie mieliśmy przemieszczać się na północ do Jerozolimy, Akki etc. Myślę jednak, że na tym czas zakończyć jakiekolwiek wzmianki o planie gdyż posypał się w jak domek z kart. 🙂

No to w drogę!

Środa wczesnym rankiem pobudka i w drogę na stację kolejową z której pociąg zabrał nas w pierwszą połowę drogi na lotnisko. Następnie szybka zmiana na odpowiedni bus i tak oto około 6:30 byliśmy na lotnisku oczekując na nasz lot. Zjedliśmy tu typowe angielskie śniadanie i wypiliśmy naprawdę mocną kawę. Swoją drogą człowiek często nie zdaje sobie sprawy jak wielu rodaków żyje na emigracji do momentu w którym nie widzi tej masy ludzkiej na lotniskach. Przyznam się, że w Warszawie miałem jedno miejsce które bardzo ale to bardzo mocno chciałem odwiedzić mimo, że dobrze wiedziałem jak mało interesujące może to być dla Larisy. Mowa o Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie zrozumcie mnie zle. To nie tak, że moja partnerka ma w nosie tego typu miejsca jednak problem polegał głównie na zrozumieniu tego jak ważnym symbolem jest to Powstanie jak i cały okres II Wojny Światowej dla Nas Polaków.  A, no tak zapomniałem o tym wspomnieć. Larisa-Andreea nie jest Polką, pochodzi z Rumunii. 🙂

Jeśli kiedykolwiek będziecie w Naszej stolicy przejazdem lub przelotnie to szczerze mogę polecić Premiere Classe Varsovie/Warszawa. Przystępna cena, niezłe warunki i naprawdę dobre połączenie tak z lotniskiem jak i z centrum. Można dosłownie jednym pociągiem się poruszać a jeśli wolicie inaczej to pod hotelem są przystanki tramwajowe a nawet przystanek nocnego busa na lotnisko. Odwiedziliście go? Może macie lepszą opcję? Jeśli tak to z chęcią poznam i spróbuję w przyszłości. Jednak przejdzmy do meritum bo już pewnie przebieracie nogami. 😉
Warszawa przyjęła Nas naprawdę nieprzyjemną pogodą. Po dostaniu się do hotelu postanowiliśmy szybko udać się na miasto w celu zrobienia małych zakupów. Byliśmy też oczywiście „masakrycznie” głodni więc i o zjedzeniu czegoś dobrego trzeba było pomyśleć. Następnie odwiedziliśmy wspomniane Muzeum gdzie stanąłem przed skomplikowanym zadaniem wyjaśnienia „o co w tym wszystkich chodzi” totalnemu laikowi. Mniej-więcej się udało. Muszę jednak przyznać, że przy całym rozmachu i nowoczesności to mam nieodparte wrażenie totalnego chaosu w MPW. Nie wiem czy się ze mną zgodzicie w tym temacie ale mimo, iż jest ono podzielone na odpowiednie sekcje to jakoś nie mogłem się w nim logicznie odnalezć. Może wynikało to ze zmęczenia ale jednak. Gdy wróciliśmy do siebie padliśmy jak zabici. Rankiem okazało się, że pogoda się całkowicie zmieniła a my przed wylotem chcieliśmy kupić kilka rzeczy w tym między innymi ładowarkę do go pro. Przyznaję, że za każdym razem gdy jestem w Warszawie to coraz bardziej mi się ona podoba. Po zakupach w drogę na lotnisko!! Tam też odwiedziliśmy polską restaurację którą większość chyba kojarzy. Dobre jedzonko i cóż, odprawa i do samolotu. 🙂

Izrael!!

Po wejściu do samolotu okazało się, że całkiem sporo w nim mieszkańców Izraela w naprawdę różnym wieku. Obok mnie siedziała niemal cała rodzina w kilku pokoleniach. Lot przebiegał raczej spokojnie chociaż naprawdę bardzo głośno. 😉
Około godziny 21 byliśmy na lotnisku w Tel Avivie. Wiele osób straszyło Nas, że w Izraelu na przejściu granicznym to będą Was sprawdzać, upadlać i w ogóle…
Tymczasem z lekkim stresem podeszliśmy do młodej dziewczyny która zadała Nam kilka pytań. Była nieco zdziwiona, że jesteśmy parą z różnych krajów i do tego żyjącą w jeszcze innym, trzecim kraju. Odniosłem wrażenie, że nieco bawi ją Nasze zestresowanie i wtedy opadło ze mnie całe napięcie dzięki czemu na luzie zakończyliśmy kontrolę a nawet otrzymaliśmy kilka porad. Pani uznała bowiem, że plan nocnej wyprawy busem na drugi koniec Izraela jest nieco szalony ale całkiem interesujący. Tak więc po odprawie i małym zbłądzeniu udało się nam odnaleźć przystanek autobusowy. Nasz transport jednak ciągle się nie pojawiał a musieliśmy być na konkretną godzinę na dworcu by złapać autokar do Eilatu. Po około pół godziny czekania postanowiliśmy zgarnąć taryfę z postoju kilka metrów obok Nas gdyż zaczął Nam się po prostu kończyć czas. Za trasę lotnisko-dworzec zapłaciliśmy 130 szekli co w godzinach już nocnych uważam za całkiem rozsądną cenę chociaż na pewno bus byłby kilkukrotnie tańszy. Na dworcu który był niemal totalnie pusty zakupiliśmy tylko wodę i szybko wpakowaliśmy się do autobusu. Muszę przyznać, że w pierwszej chwili Tel Aviv i to co widziałem bardzo przypominało mi Tajlandię. Dlaczego? Sam nie wiem, jakoś tak te ulice i budynki przypomniały mi jedną z moich przygód w Bangkoku. 😉

Nocny przejazd odbyła się w sumie bez żadnych większych niepokojów, może poza kontrolami przeprowadzanymi przez Izraelskie wojsko. Szybko też przyzwyczailiśmy się do widoku broni. No dobra, ja się dosyć szybko do tego przyzwyczaiłem bo Larisa jeszcze po tygodniu nieco truchlała na widok M16 czy temu podobnych automatów. W samym Eilacie byliśmy około godziny 4:30 rano i tutaj pojawia się pierwszy problem. Dlaczego?
Bo według planu mieliśmy przyjechać ponad godzinę pózniej i spokojnie poczekać do 6 rano na otwarcie recepcji w naszym ośrodku. Tymczasem musieliśmy czekać od 4:30. Gdy dotarliśmy do naszego ośrodka spędziliśmy chwilę na mrozie, bo przecież to miasto leży dosłownie na pustyni. Noce na pustyni naprawdę do najcieplejszych nie należą. Po krótkiej naradzie postanowiliśmy udać się na plażę i spróbować obejrzeć Nasz pierwszy wschód słońca na Bliskim Wschodzie.

Spędziliśmy na plaży kilka godzin ale w pewnym momencie mi się przysnęło. Gdy jednak otworzyłem oczy po kilku minutach troszkę się zszokowałem. Plaża była dosłownie pełna ludzi! Poza tym, gdy tylko słońce wychynęło zza wzgórz po Jordańskiej stronie temperatura momentalnie zaczęła iść w górę. Zrobiło się Nam naprawdę ciepło, ba! Gorąco! Ciągle bowiem ubrani byliśmy w bluzy, długie jeansy i buty które daleko różnią się od sandałów. Zjedliśmy coś na szybko w już otwartym i KLIMATYZOWANYM centrum handlowym po czym wróciliśmy do naszego ośrodka.(klik) Samo miejsce oceniam raczej pozytywnie. Cena nie była wygórowana i odpowiadała jakości apartamentu oraz położeniu. Eilat nie jest wielką metropolią ale nie mieliśmy zbyt wiele czasu na jego poznanie. Spędziliśmy kilka godzin na plażowaniu oraz spacerach po plaży. Zjedliśmy tam też nasze pierwszą shoarmę a ja spróbowałem lokalnego piwa. Ceny jednak są nieziemskie. Przykłady? Pół litrowa puszka piwa kosztuje około 7/8 szekli. Szekl mniej więcej równa się złotemu niemal 1 do 1.  Za małą shoarmę zapłaciliśmy około 30 szekli natomiast za dużą 42. Nie mówiąc już o cenach w restauracjach które naprawdę w pierwszym momencie zwaliły Nas z nóg.

Do pokoju wróciliśmy już nocą i zaczęliśmy już przygotowania do porannego wyjazdu do Jordanie. Szybkie pakowanie, ładowanie baterii, telefonów i powerbanków. Naszą następną noc mieliśmy spędzić na pustyni i nie mieliśmy zielonego pojęcia czego się spodziewać. A jak było? Czy Petra zapiera dech w piersi? Czy Wadi Rum jest naprawdę tak piękne? No i dlaczego spaliśmy z Koreańczykiem? To wszystko w następnej relacji! 🙂