Browse By

Azjatycka przygoda, część 1.

Stało się!
Wróciliśmy cali i zdrowi z Naszej wyprawy na kontynent azjatycki. W serii postów opowiemy Wam o naszych przygodach, wnioskach i wspaniałych doświadczeniach. Całą relację podzielimy na kilka „odcinków” pisanych z różnych perspektyw. W tym pierwszym postaram się ukazać jak przebiegały początki wyprawy, spotkanie w Warszawie na Okęciu oraz nasze pierwsze dni w Tajlandii.

              Cóż, początek wyprawy może nie obfitował w przygody i ekscytujące zdarzenia ale już w Bangkoku… No tutaj zaczęło się dziać!
Każdy z Nas swoją podróż zaczynał w innym czasie. O ile dla Marcina prawdziwa wyprawa zaczęła się w piątek nad ranem tak ja swój wyjazd rozpocząłem około godziny 17 we czwartek. Niejako, że mieszkam w Anglii musiałem przebyć nieco inną drogę by dostać się do Warszawy. Była to dosyć standardowa wyprawa do Polski w moim wykonaniu. Po pracy szybko do domu, prysznic, dopakowywanie ostatnich małych rzeczy i biegiem na pociąg do Doncaster. Gdyby ktoś nie wiedział, pociągi są bardzo popularnym środkiem transportu na Wyspach a sieć połączeń jest naprawdę spora.

W pociągu do Doncaster.

            W mieście kurs na lotnisko i na nieco ponad 2 godziny przed odlotem byłem na miejscu. Tutaj wspomnę o jednej rzeczy, początkowo plan zakładał jak już pisaliśmy, przylot do Wrocławia ale z uwagi na wykupienie wszystkich miejsc na ten rejs musiałem nieco „pokombinować”. Około godziny 21 ( w Polsce 22 ) byłem już w powietrzu w drodze do Gdańska. Po 2 godzinnym locie szybki odbiór bagażu i pędem do mojego hoteliku. Spędziłem w nim może 4 godziny ale za cenę kilkudziesięciu złotych miałem wygodne łóżko i dostęp do łazienki z prysznicem oraz oczywiście Wi-Fi. Rano, około 6 wylot Ryanair’em do Warszawy.

Loading
Wyśrodkuj mapę
Ruch
Jazda rowerem
Tranzyt

W stolicy byliśmy niemal o tej samej godzinie bowiem lot Marcina i trzeciego uczestnika wyprawy, Mateusza niemal pokrywał się z moim. Tutaj nastąpiły oczywiście przywitania i wymiana już na żywo wrażeń z początku wyprawy. Każdy wydawał się podekscytowany ale do odlotu mieliśmy jeszcze sporo godzin. Poszliśmy więc do restauracji polskiej i tam kontynuowaliśmy rozmowy a do wcześniejszych tematów dołączyły nowe. No i oczywiście jak to u Polaków bywa nie obeszło się bez piwka i dużej dawki śmiechu. W sumie nawet nie wiem kiedy minął czas do rozpoczęcia odprawy. Mówią, że przy dobrym towarzystwie czas płynie szybciej i tak faktycznie jest. Do odprawy stanęliśmy jako jedni z pierwszych i po chwili mieliśmy nasze upragnione bilety!



Myślę, że tak naprawdę wyprawa dla Nas zaczęła się właśnie po zdaniu bagażu rejestrowanego i otrzymaniu biletów. Przy odprawie bezpieczeństwa mijaliśmy grupę dzieciaków z Francji która przyleciała do Naszej Ojczyzny zapewne na jakąś wymianę i chyba bardzo się zżyli ze swoimi rówieśnikami z Polski bowiem płacz i ryk był ogromny tak po jednej jak i drugiej stronie. Nie to jednak było dla mnie i Marcina szokiem. Zdecydowanie w tej kategorii „wygrał” nasz rodak który do bagażu podręcznego włożył NÓŻ SKŁADANY niczym z gier komputerowych czy wojskowych jednostek specjalnych. Mało tego, wyrażał ogromne zdziwienie faktem, że takie przedmioty nie są dozwolone na pokładzie. Serio? Gościu leci na drugi koniec Europy czy Świata i musi pod ręką mięć nóż do tego nawet nie czyta regulaminów bezpieczeństwa? Jak już pisałem, nieco Nas to zszokowało choć pewnie to nie jedyna taka sytuacja tamtego dnia na warszawskim lotnisku. Po kontroli bezpieczeństwa udaliśmy się do sklepu gdzie oczywiście musieliśmy kupić coś na „wzmocnienie się” w trakcie 9 godzinnego lotu do Pekinu. Z tego miejsca chciałbym pozdrowić Panią Sprzedawczynię za porady i pomoc w wyborze „wzmacniacza” oraz sposobie jego transportu. 🙂


Wchodząc na pokład czuliśmy naprawdę niemal euforię! Jedziemy! Właściwie to lecimy ale co tam. Ważne, że spełniamy marzenia!
Sam samolot okazał się maszyną nie pierwszej młodości ale mimo to dla mnie, podróżującego przeważnie tanimi liniami różnica była znaczna nawet w klasie ekonomicznej. Lot umilaliśmy sobie naszymi magicznymi miksturami jak również snem dzięki czemu nawet nie odczułem jego długości. W Pekinie byliśmy nad ranem i po odczekaniu 1,5 godziny w kolejce długiej jak za czasów PRL przeszliśmy tranzytową odprawę i udaliśmy się kolejką na inny terminal z którego za parę godzin mieliśmy mieć lot do Bangkoku. Samo lotnisko w stolicy Państwa Środka jest naprawdę duże ale też chyba nie ogrzewane bo przy ujemnych temperaturach na zewnątrz dosłownie zamarzaliśmy na naszym terminalu. 🙁
Po kilku godzinach spędzonych na różnych wygłupach doczekaliśmy się w końcu na ostatni z serii lotów do Azji.

My juz w Tajlandii! A w Pekinie było tak !:)

Posted by ZaPrzygodą.pl on Samstag, 25. März 2017

          W Bangkoku niemal od razu okazało się, że temperatura totalnie różni się od tej z Pekinu ( oczywiście wiedzieliśmy o tym wcześniej) i trzeba było momentalnie ściągać bluzy a po odprawie wizowej jak najszybciej udać się do hotelu. Swoją drogą gdy czytałem wcześniej różne relacje z podróży po świecie miałem zupełnie inny obraz odprawy wizowej. Jawiło mi się to jako skomplikowana procedura zajmująca kupę czasu tymczasem w wielu przypadkach jest to po prostu wypełnienie papierka i podbicie go przez celnika. Tak, tak zadaję sobie sprawę, że tak nie jest wszędzie na Świecie. W tym jednak przypadku tak było. Samo pokonanie trasy z lotniska do Sukhumvit czyli części miasta gdzie mieliśmy zarezerwowany przez Nas hotel nie było wielkim wyczynem natomiast znalezienie go w tym gąszczu uliczek oraz ruchliwych arterii zajęło trochę czasu. Udało się jednak i każdy w końcu znalazł się w swoim apartamencie i mógł nareszcie skorzystać z prysznica i poczuć przyjemny chłód klimatyzacji. Po godzinie, może dwóch postanowiliśmy udać się na pierwszy spacer po mieście. Zrobiliśmy też pierwsze rozpoznanie terenu w poszukiwaniu restauracji, przydrożnych knajp na kółkach jak również sklepów sieci 7ELEVEN. Pierwsze co rzuciło się nam w oczy a właściwie w nosy to smród. Naprawdę w tym upale mimo tego, że ulice są stosunkowo czyste ( te główne ) to nasze nosy atakował naprawdę nieprzyjemny odór do którego chyba żaden z Nas do końca nie przywykł. Był on tak nieznośny, że w dalszych etapach podróży utarło się między Nami sformułowanie, że coś lub gdzieś „śmierdzi jak w Bangkoku”. Nie wiem czy zależało to od odwiedzonej części miasta czy może od feralnego dnia natomiast takie pierwsze wrażenie już pozostało.
W drodze powrotnej zahaczyliśmy o sklep gdzie kupiliśmy jakąś małą przekąskę do piwka i oczywiście piwko. Postanowiliśmy tego dnia nie wychodzić nigdzie wieczorem bo z samego rana mieliśmy jechać do parku słoni Elefant’s  World. Rozsiedliśmy się więc wygodnie w jednym z apartamentów i oglądając film oraz rozmawiając ze znajomymi rozpoczęliśmy noc która wbrew pozorom skończyła się serią wspaniałych przygód 🙂 ale i przykrych doświadczeń.  🙁

Jeszcze nie wiedzieli co się stanie tej nocy 🙂

                Szczerze trzeba przyznać w tym momencie, że nie pamiętam który z Nas rzucił pomysłem aby ruszyć tyłki z hotelu. Nie chcę nikogo obwiniać ale koniec końców po wypiciu kilku piwek udaliśmy się na miasto! Pora była już mocno wieczorna a my złapaliśmy tuc tuc’a i udaliśmy się na Khao San czyli jedną z bardziej znanych ulic Bangkoku pełną barów, restauracji, straganów i mniejszych oraz większych klubów. Tutaj po sprawdzeniu kilku miejscówek postanowiliśmy usiąść przy stoliku jednego z małych barów i wypić „bucket drink” czyli drink podawany dosłownie w małym wiaderku. Przyznać muszę, że dosyć szybko odłożyłem podane nam do nich rurki i zacząłem pić prosto z wiadereczka. W ślad za mną poszedł Marcin i Mateusz chociaż on akurat zdecydowanie nie tak chętnie gdyż wybrał sobie mniej smaczną wersję. 😀

        Dosłownie po chwili do stolika obok przysiadła się grupa młodych Azjatów, jak się okazało później z Wietnamu. Wiedzeni instynktem podróżników i odkrywców postanowiliśmy się zapoznać z nimi co zaowocowało przyjemną zabawą i kolejnymi wypitymi drinkami. Zrobiliśmy sobie razem kilka wspólnych zdjęć jak również otrzymaliśmy serdeczne zaproszenia do Hanoi czyli rodzinnego miasta naszych nowych Przyjaciół. Po jakimś czasie postanowiliśmy zmienić lokal i udać się coś zjeść, w tym miejscu muszę przyznać, że pomimo usilnych starań i wielkiej cierpliwości moich towarzyszy nie udało mi się nauczyć jeść przy pomocy pałeczek. Winą za to obarczam alkohol krążący w moich żyłach. Za to co stało się później również winę ponoszą trunki przez Nas spożywane.

               W niewyjaśnionych do tej pory okolicznościach ( 😀 ) odłączyłem się od całej naszej grupy. Co najlepsze byłem już naprawdę „pod wpływem” ale to nie było największym zmartwieniem. Najgorszy był fakt, że mój telefon odmówił współpracy a wszystkie moje pieniądze miał przy sobie Marcin. Tak zaczęła się moja walka z Bangkokiem. Jeśli ktoś oglądał film „Kac Vegas w Bangkoku” na pewno wie co znaczy zwrot: zostać wciągniętym przez Bangkok. Tak, to miasto prawie mnie pochłonęło. Zamiast czekać na miejscu jak radzą chyba wszystkie poradniki surwiwalu postanowiłem, że sam się z tego wykaraskam i dostanę pieszo do hotelu oddalonego jak się okazało o prawie 8 km. Włączył mi się pijacki GPS. Mówiąc dosadniej, pijany i nie znający totalnie miasta obcokrajowiec do tego nie znający tajskiego postanowił przejść pół miasta do swojego hotelu. W tym samym czasie reszta ekipy zorientowała się, że nie ma mnie z nimi i starali się mnie odszukać.
Udałem się w drogę w trakcie której zwiedziłem ogromny połać miasta. Prawie oberwałem w głowę pomyjami na jednej z bocznych uliczek która wyglądała dosłownie jak z żywcem wyjęta z filmu „Slumdog Millionair”. W jednym z miejsc przy rzece/kanale natknąłem się na grupę Czechów lub Słowaków którzy jednak niewiele lepiej wyglądali ode mnie i jedyne co byli mi w stanie powiedzieć to to, że miejsce którego szukam jest bardzo daleko. Po naprawdę sporym czasie mojej pijackiej wędrówki dotarłem do jak mi się wydawało parku który z jakiegoś powodu był ogrodzony i zamknięty ale po drugiej stronie widziałem dużą i ruchliwą drogę. Niewiele myśląc władowałem się do tego „parku” gdzie momentalnie zaczęli mnie gonić ochroniarze i stróże. W końcu widząc brak sensu poddałem im się i dałem się grzecznie odprowadzić do miejsca w którym odsuwając płotek złamałem zakaz wstępu. Do tej pory nie wiem, czy był to teren jakiejś świątyni czy może przedsionek Pałacu Królewskiego. W każdym razie skończyło się tylko na krzykach bez kontaktów z policja. Niewiele myśląc szedłem dalej. W końcu naprawdę po wielu godzinach marszu dotarłem do głównej drogi. Gdzie chyba tylko szczęśliwy traf pomógł znaleźć mi kierowcę tuc tuca który zgodził się dowieść mnie do hotelu bez pieniędzy. Oczywiście zapłacić miałem po dotarciu na miejsce. Tutaj kolejna nie do końca przykra sytuacja. Jestem wzrokowcem i momentalnie zapamiętałem okolicę Naszego Hotelu i musiałem się ostro spierać z tym samym kierowcą gdy powiedziałem mu, że trzeba skręcić na mijanym przez nas skrzyżowaniu. W końcu naprawdę nad ranem udało mi się dostać pod budynek Royal President Bangkok…
Ale nie pod drzwi frontowe tylko drugie, zamknięte na noc wejście do hotelu. Niewiele myśląc postanowiłem podbiec do właściwego miejsca na co mój kierowca zwrócił uwagę i zareagował tak jak bym chciał uniknąć zapłaty. Ruszył w pogoń. Do recepcji wpadłem jak słynny już dzik w żołędzie. Podbiegłem do windy i wtedy następny cios. Przecież razem z pieniędzmi zostawiłem Marcinowi moją kartę do drzwi pokoju. Nieco przestraszony, bełkocząc zdyszany powiedziałem recepcjonistce nr pokoju, imię nazwisko datę urodzenia i zażądałem wydania karty. Ku mojemu zaskoczeniu kartę dostałem dosłownie od ręki. Teraz sprawy poszły już gładko. Z pokoju wziąłem część pieniędzy by zapłacić nieco wystraszonemu kierowcy a sam usnąłem następnie na kanapie. Gdy Marcin z Mateuszem przebudzili się rano to znaczy koło 12 ( 🙂 ) swoje pierwsze przerażone kroki skierowali do mojego apartamentu. Jakież było ich zdziwienie gdy okazało się, że jestem u siebie. Cały, zdrowy za to jedynie z objawami kaca.
W wyniku tych wydarzeń nie pojechaliśmy do parku słoni a cały dzień spędziliśmy raczej mniej aktywnie na spacerach po Bangkoku i wizytacji lokalnych restauracji. Muszę przyznać, że każdy z Nas lubi dobrze i syto zjeść a jedzenie którego próbowaliśmy było naprawdę bardzo pyszne. Piekielnie ostre ale pyszne! Już same przystawki wyglądały i smakowały naprawdę wybornie!

    Posileni „dobrą szamą” postanowiliśmy udać się na inną słynną ulicę tego miasta. Soi Cowboy. Słyszeliśmy o tym miejscu setki jeśli nie tysiące razy. Ulica cielesnej rozpusty i za razem jeden z symboli Tajlandii przez wielu niestety kojarzonej głównie z sex-turystyką. Chcieliśmy zbadać to miejsce i dowiedzieć się jak wygląda ono naprawdę. Wstąpiliśmy na tą ulicę w trakcie poszukiwania dobrego jedzenia ale była to godzina 15/16 czyli czas w którym praktycznie nic się tam nie dzieje. Ogromnym szokiem było to jak zmieniło się to miejsce kilka godzin po zmroku. Neonowe światła, głośna muzyka, tłumy ludzi i dziewczyny zachęcające przechodniów do wstąpienia i skorzystania z różnych „usług”. Co rzuciło się nam w oczy to po pierwsze nie mała liczba par chcących chyba przekonać się na własnej skórze jak to wygląda. Ogromnie często w całym Bangkoku, nie tylko na Soi Cowboy widzieliśmy też starszych facetów po 40 czy 50 roku życia paradujących dumnie ze swoimi o wiele młodszymi tajskimi partnerkami. Przeszliśmy przez ulice rejestrując pierwsze wrażenia a przy jej końcu zatrzymaliśmy się na moment żeby zdecydować czy wchodzimy do jednego z lokali a jeśli tak to do którego.
Tutaj miała miejsce sytuacja dla wielu chyba bardziej wstydliwa niż moje pijackie wybryki ostatniej nocy. Mianowicie staliśmy niemal na środku drogi, tyłem do jednego z mniejszych klubów dyskutując gdy powoli od tyłu podeszła do mnie jedna z naganiających dziewczyn i dotykając karku zaczęła delikatnie nakłaniać nas do wizyty w „jej” lokalu. Na początku staraliśmy się wszyscy ją zignorować to jednak nie pomogło bo w końcu objęła mnie i weszła niemal między Nas. Tutaj Marcin chcąc ratować kolegę, postanowił dać znać uporczywej Pani, że nie chcemy na ten moment żadnej pomocy doradczej. Zrobił to w dość niecodzienny sposób. Wypalił bowiem do Niej słowami: nie, dziękujemy, mój kolega jest gejem ( nie, nie jestem 😉 ). Reakcja naganiaczki była błyskawiczna. Momentalnie ściągnęła rękę z mojego ramienia i… I podwinąwszy swoją mini złapała mnie za dłoń i włożyła sobie w krocze! Szok! TO BYŁ FACET !! Wszystko stało się tak szybko, że nie miałem czasu na interwencję jedyne co mogłem zrobić to odruchowo cofnąć rękę. Było jednak już po fakcie. Dotknąłem przez ułamek sekundy ladyboy’a w kroczu. Uczucie nie do pozazdroszczenia. Niemal uciekliśmy z tego miejsca. Po chwili wybraliśmy jeden z lokali w centrum ulicy. Wybraliśmy sobie po drinku i postanowiliśmy zaglądnąć do środka. Tutaj już bez szoku okazało się to dosyć typowym miejscem tego typu. Nie zrozumcie mnie zle, nie spaceruję w Polsce czy w Anglii po takich miejscach natomiast wyglądało ono tak jak to sobie wyobrażaliśmy po oglądnięciu wspomnianego Kac Vegas czy innych zachodnich filmów. Małe pomieszczenie z przestrzenią do tańczenia przy rurze dla pracownic tegoż klubu, loże wyglądające niczym małe trybuny na stadionie do okoła i mały bar na końcu. Za chwilę jednak sielanka jeśli tak mogę to nazwać się skończyła gdy na parkiecie pojawiły się tancerki. W sumie do tej pory wygląda to jak typowy bar ze striptizem ( o ile się nie mylę ta forma też jest poprawna ) ale to co stało się dalej było jednym z najbardziej szokujących wydarzeń tej wyprawy. Do baru wszedł a właściwie to nie. Po chwili został wprowadzony pod rękę przez dwie prostytutki starszy jegomość. Na oko koło 75 lat w dodatku o lasce. Co ten dziadek tutaj robi pytaliśmy się wzajemnie gdy w pewnym momencie podeszły do niego dwie dziewczyny. Nie, przepraszam, to nie były dziewczyny to były dzieci. Obie wyglądały jak uczennice 5 może 6 klasy szkoły podstawowej. W momencie w którym ów „dziadek” zaczął się z nimi zabawiać i rozbierać doszliśmy do wniosku, że tu cytat: „wychodzimy ku*a, nie będę na to patrzył”. Dopiliśmy błyskawicznie drinki i opuściliśmy teren lokalu naprawdę zniesmaczeni i zszokowani. Nie będę więcej tego komentował bo nie warto. My już do tego miejsca nie wróciliśmy i wracać nie mamy zamiaru.


Po powrocie do hotelu postanowiliśmy się spakować i przygotować do naszej, przełożonej o jeden dzień wyprawy do Elephant’s World. Oczywiście noc okazała się dla Nas nie przespana a to nie w wynik wizyty na Soi Cowboy a z powodu naszych kibicowskich ambicji. Nie mogliśmy przecież ominąć występu Naszej Reprezentacji w piłce nożnej w meczu z Czarnogórą. Obaj mamy w sobie coś z prawdziwego kibica. 🙂  Co działo się dalej? A no udaliśmy się w naszą dalszą podróż. O tym jednak dowiecie się z relacji którą przygotował dla Was Marcin który opowie Wam o szalonym „Dziadku” który zapisał się w naszych wspomnieniach jako strasznie pozytywny człowiek. Poznacie razem z Nami wspaniałe i majestatyczne zwierzęta oraz ich charyzmatycznych opiekunów.

  • Wielopokoleniowo 3

    Rewelacja! Kusi mnie, żeby wybrać się do Azji 🙂

  • Adrianna Andrzejewska

    Fajnie móc tak podróżować 😉

  • maaalgooos

    Podróże są fajne, szkoda, że tak mało zdjęć!

  • Kamila Posobkiewicz

    Niezwykła wyprawa! Też bym kiedyś chciała pojechać w tamte strony😊.